Rozdział 1 26. września 2011 18:20:00

 ZAPRASZAM NA HTTP://CALAMITAS.BLOG.ONET.PL

    Ból przyszedł z czasem. Zupełnie nieoczekiwanie. Nie od razu zdałam sobie z tego sprawę. Wypierał ze mnie wszystko. Każde uczucie. Bez względu na to, czy było pozytywne, czy też wprost przeciwnie. Nie chciałam go, starałam się odrzucić. Efekty były jednak raczej marne. 
    Skupiałam się na Niej. Mimowolnie. Widziałam jej zakrwawione ciało przekłute tu i ówdzie strzykawkami. Większość z nich była pusta, w kilku wciąż jednak tliły się resztki białego płynu. Każdy sen kończył się w ten sposób. I w każdym z nich to ja ponosiłam odpowiedzialność za jej odejście. Doprowadzałam ją do śmierci już chyba w każdy możliwy sposób. A na koniec i tak była zawsze w tej samej postaci. Brudnej, zakrwawionej i doszczętnie wyniszczonej. Szczerze siebie za to nienawidziłam. Nie tylko tam we śnie. Bo powoli przestawałam odróżniać fikcję od rzeczywistości. Przestawałam... rozumieć. 
    Mówią, że odleciałam. Ci, którzy jeszcze niedawno cokolwiek dla mnie znaczyli. Nie było ich wielu. Kilka pojedynczych osób, próbujących wytrzymać z moją porywczą osobowością dłuższy czas. Wiedziałam, że to absurd. Potrafiłam jeszcze kontrolować swoje zachowanie... Bynajmniej w większości przypadków. Próbowali zrobić ze mnie wariatkę, zarzucali mi szaleństwo. Nie miałam wyjścia. Musiałam się od nich oddalić, żeby zachować resztki normalności w pogmatwanym umyśle. Utrudniali mi teraz zbyt wiele rzeczy. Podjęcie każdej, nawet najbardziej banalnej decyzji było od nich zależne. Nie byli kimś ważnym. Przynajmniej nie na tyle.

*

    Drżę, chociaż nie jest ani trochę chłodno. Płaczę i nie wiem, dlaczego. Po chwili, na mojej poszarzałej już od przebywania w zamknięciu twarzy, pojawia się uśmiech. Mija kilka sekund i jego miejsce zastępuje niekontrolowany napad śmiechu. Wariuję? Być może. Ale jakie to ma teraz znaczenie? Wszystko się pierdoli. Każdy dzień nie różni się niczym od kolejnego. Tygodnie zlewają się w jedną całość i wtedy przestaję myśleć o miesiącach. Chwilami odnoszę wrażenie, ze nie istnieję. Że to czyste złudzenie resztki mnie, zagubionej na skraju życia i tego, co jest po nim. 
    Widuję Lisę. Już nie zakrwawioną, brudną postać przebitą ostrzami igieł. Jest sobą z przeszłości. Miłą, nawet kiedy z moich ust padają w jej stronę wyzwiska. Czasami pomocną. Nie odzywa się, często znika. Kiedy jest, siedzi na fotelu nieopodal i patrzy. Jakby chciała powiedzieć "Trzymaj się!". Jednak ja nie mam sił choćby na wyszeptanie w jej stronę głupiego "Odwal się. To moje życie. Ty swoje wystarczająco spieprzyłaś!". Czuję, że jej obecność, choć nieraz pomocna, doprowadza mnie na sam skraj szaleństwa. Jakby i mnie chciała zobaczyć martwą w trumnie niesionej przez zgraję udających współczucie ludzi. Wiem, że jej się to uda. Z każdym dniem coraz bardziej się o tym przekonuję. 
    Trzask drzwi, który rozlega się nie tylko w mojej głowie, ale i na zewnątrz, nie jest wywołany przez nią. Zawsze pojawia się bezszelestnie i zajmuje to samo miejsce. Niewinna, miła i irytująca na swój własny, wyjątkowy sposób. To coś innego. Ktoś inny. Odgłos ciężkich kroków odbija się o moją czaszkę. Unoszę ciężkie powieki, zdając sobie sprawę, że nie pamiętam, kiedy je zamykałam. Jest ciemno. Nie. Nie ciemno. Raczej szaro. Bez problemu mogę odróżnić każdy element zagraconego mieszkania. Jedynie stojąca w progu postać pozostaje dla mnie zagadką. Oddycha szybko, jakby właśnie przebiegła ogromny dystans. Nie słyszę jednak szelestu powietrza. Ciemna sylwetka jest jakby... znajoma. Wysoka, bardzo szczupła i z całą masa potarganych na głowie włosów. Znam ją. Bez wątpienia. Nie jestem jednak w stanie kojarzyć faktów po tak długim czasie umysłowej bezczynności. 
 - Em! - przez moment nie wiem, do kogo mówi. Chcę zasnąć, a jednocześnie nie jestem w stanie opuścić powiek w dół. "Emily!", sama siebie staram się przywołać do porządku. Tak dawno nikt nie wypowiadał mojego imienia. Emily. Teraz brzmi tak obco, chociaż należy do mnie. Em. To ja. 
 - Ja... - mówił do mnie. Zna mnie, a ja znam jego. Chociaż nadal nie wiem, kim jest, ta informacja zdaje się być jakby oczywista. 
 - Przestań się tak zachowywać - karci mnie, a jednocześnie można wyłapać w jego głosie nutkę błagania, może litości. Robi niepewny ruch w moją stronę, jednak szybko przywołuje się do porządku. Jakby się bał.
 - Nie wiem! - łzy wpadają mi to ust, kapią na zabrudzoną poduszkę, wsiąkają we włosy. Tym razem podchodzi do mnie. Szybko, choć nadal niepewnie. Zachowuje bezpieczny dystans. 
 - Czego? 
 - Nie wiem, kim jesteś - te słowa padają z moich ust, zanim jestem w stanie je przemyśleć. Jego twarz jest teraz bardziej wyraźna. Znam ją. Zarys szczęki, kształt ust, ciemną barwę tęczówek. Widzę gdzieś wewnątrz siebie, jak się śmieje, jak krzyczy, jak płacze. Postać przede mną jest jednak beznamiętnie obojętna.
 - Byłaś tam, prawda? - zmienia temat zupełnie nieoczekiwanie. Jakby nie chciał, żebym go poznała. Kręcę powoli głową, chcąc dać mu do zrozumienia, że nie wiem, o czym mówi. To mu jednak nie wystarcza.
 - Gdzie? - słowa z trudem przedzierają się przez moje gardło. 
 - Na cmentarzu. Byłaś u tej suki, chociaż obiecałaś. Obiecałaś na wszystko, że nigdy w życiu nie będziesz miała z nią żadnej styczności - mówi szeptem, ale chyba wolałabym, gdyby krzyczał. Jest mi bliski, chociaż wciąż nie jestem w stanie konkretnie powiązać go z moim życiem. To dla mnie najbardziej oczywisty i niezaprzeczalny fakt, jaki istnieje.
 - Nie rozumiem. Lisa była moją...
 - Twoją siostrą! Wiem. Ale jakie to ma teraz znaczenie? - nie był w stanie się pohamować. Stoi teraz nade mną i na siłę próbuje zachować spokój. Jego dłonie zaciśnięte są w pięści. Mimowolnie zaczynam odczuwać strach.
 - Kocham ją - wyznaję. Pierwszy raz przyznałam się do tego przed samą sobą. Nie zrobiło to jednak na nim większego wrażenia. Jego odpowiedź ograniczyła się do głośnego prychnięcia pod nosem. Milczy. Podobnie jak ja. Chcę to przerwać, jednak nie wiem w jaki sposób. To trudne. Korzystając z chwili spokoju, przetrząsam umysł w poszukiwaniu jego osoby. Jest tam, gdzieś miedzy wieloma głośnymi, czarnymi postaciami. Istnieje, mówi do mnie. Ale wciąż pozostaje nieuchwytny.
 - Nie jesteś już sobą, Emily - teraz jego głos jest łagodny. Jakby było mu mnie żal.
 - A kim? - nie odpowiada. Potrząsa jedynie głową. Zawsze tak robi, kiedy brak mu słów na moje zachowanie. Zazwyczaj jednak na jego ustach pojawia się w takich momentach uśmiech. Tym razem jest inaczej. 
 - Wystarczy już. Po prostu przestań. Ostatni raz o coś cię proszę - tylko tyle. Kończy i odchodzi. Powoli, jakby chciał, żebym go zatrzymała. Żebym przypomniała sobie, kim jest. Ale ja nie potrafię. Za każdym razem, gdy jestem blisko, wszystko się rozpływa. Tak jak teraz. Zniknął i nie wróci. Próbuję przyswoić sobie ten fakt, ale to trudne. Jest mi potrzebny. Niezbędny, chociaż kilkanaście minut temu nie pamiętałam o jego istnieniu. Siadam i czekam. Chociaż nie wiem na co.
    Czas biegnie do przodu coraz szybciej, a później jakby się cofa. Patrzę na wskazówki zegara, które mkną przed siebie jak szalone, a po chwili zmieniają kierunek. Potrząsam głową, chcąc pozbyć się tego złudzenia. Nie potrafię. Wszystko wraca i coraz bardziej kreuje mnie na szaleńca. Nie mogę uciec przed wyimaginowanymi przez mój umysł obrazami. Wskazówki lecą przed siebie. Groty wycelowane w małe, czarne cyferki, mijają je z zawrotną prędkością. Pierwsza, druga... po chwili już dwunasta. Czarne zakończenia wskazówek przestają nimi być. Stają, a w ich miejsce pojawiają się kształty. Dziwne, złe, przerażające. Otwierające usta zmory nie chcą dać mi spokoju. Krzyczą. Wrzeszczą. Doprowadzają do obłędu. Chcę zatkać uszy. Odciąć się od tego, co zdaje się być tak bardzo realne. Jednak żadna z moich kończyn nie podlega już władzy umysłu. Żyją jakby niezależnie ode mnie. Robią dziwne gesty, przejmują nade mną kontrolę, której nie potrafię odzyskać. Wszystko jest takie... inne. Zupełnie nieludzkie. Otaczające mnie przedmioty zmieniają swój kształt. Ostatkiem sił skupiam się na jednym jedynym ruchu. Całą siłą woli zapanowuję nad ręką i, starając się nie tracić czasu, chwytam szybko stojąca na stole butelkę wódki. Z trudem przykładam ją do ust. Ze środka wydostaje się jednak zaledwie kilka pojedynczych kropel. Panika bierze nade mną górę. Rzucam naczynie przed siebie. To koniec. Odlatuję. Chyba umieram. 

calamitas

Komentarze (0) ||0|| /comments/rozdzial-1
slowa kluczowe: rozdział pierwszy
kategorie: Prolog 23. września 2011 21:53:00

    Szereg ubranych na czarno postaci ciągnie się w górę drogi jakby bez końca. Jest ich wielu. Rodzina, sąsiedzi,... przyjaciele. Ci ostatni jakby na uboczu. Próbują zamaskować swój wstyd pod maską obojętności. Nie czują się dobrze w tym towarzystwie. Boją się. Przeraża ich wizja, że każda napotkana na drodze osoba wie, kim są. Co zrobili, i czego bali się spróbować. Poza strachem czują jeszcze wyrzuty sumienia. Dlatego przyszli. Chcą zadośćuczynić fakt, że pozwolili jej umrzeć. W rzeczy samej, nie byli jej prawdziwymi przyjaciółmi. Lisa takich nie miała. Przesiadywała w ich towarzystwie dla zabicia czasu. Nie próbowała usilnie być jedną z nich. Była tam, a jednocześnie znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Nie robiła tego, co reszta. Trzymała się z dala od narkotyków. Piła tylko przy szczególnych okazjach, ale niewiele. Była zamknięta. Czasami próbowała coś o sobie powiedzieć, ale nikt jej nie słuchał. Mimo to, znajdowała się w centrum wszystkich wydarzeń. Zawsze z najbardziej wpływowymi ze wszystkich. Nie musiała się starać, żeby wzbudzić ich sympatię. Dawała pieniądze i załatwiała towar, z którego sama nigdy nie korzystała. Po prostu ideał.
    Wydmuchując z płuc dym kolejnego papierosa, próbuję o niej nie myśleć. Sama nie wiem, dlaczego tu przyszłam. Nikt mnie nie widzi. Żadna z tych osób nie wie, że jestem gdzieś w pobliżu. Większość nie ma w ogóle pojęcia o moim istnieniu. Nie wierzę w Boga, w życie wieczne. Nie jestem tu więc nawet dla niej. Nie wiem. Może dla siebie. Nie męczą mnie wyrzuty sumienia, ani strach przed karą. Nie było mnie przy niej. Nie miałyśmy kontaktu od ponad pięciu lat. Nie ja pomogłam jej się stoczyć. Próbowałam pomóc. Najwyraźniej jednak bezskutecznie. Odeszła, nie dawała znaku życia. Spotkanie jej niedawno na ulicy było przypadkiem. Zbiegiem okoliczności, który teraz przypłacam, stojąc w dwudziestostopniowym mrozie, zupełnie bez celu.
    Robię krok w tył, zatapiając się jeszcze bardziej w cień rzucany przez drzewa. Czekam. Nie wiem na co. Chyba po prostu chcę, żeby nadszedł już i mój koniec. Widzę, jak się zatrzymują, jak płaczą. Ktoś wygłasza mowę. Niedługą. W końcu nikt jej tak naprawdę nie znał. Nie mogą powiedzieć nic więcej poza wyrazami współczucia skierowanymi w stronę najbliższej rodziny. Drewniana trumna z każdą chwilą jest coraz mniej widoczna, aż w końcu całkowicie znika pod ziemią. Nic. Pustka. Sądziłam chyba, że coś poczuję. Miałam taką nadzieję. Ale najwyraźniej już mi nie zależy.
    Na niczym.


calamitas

Komentarze (2) ||2|| /comments/prolog
slowa kluczowe: prolog
kategorie:

Ksiega


Brak linków
Brak kategorii


Made by Palurien
for elf site
Picture by NN


kaleu8k | djdorothea | wilkolaki | giganciara | zota-jagdka | Mailing